Drogi Czytelniku,

Jeśli przeczytałaś/eś notkę zostaw po sobie ślad, jestem ciekawa Twojej opinii, jaka by nie była.
Dziękuję i pozdrawiam :D

czwartek, 24 lipca 2014

Sen jest dla mięczaków :P

Mi nie sypia w dzień ,w sumie w nocy to też nie bardzo :P ale tak to już jest jak się człowiek chwali na lewo i prawo jaki to jego synuniek jest fantastyczny. Był, już nie jest to znaczy no jest ale nie w kwestii spania.
Jak Mi się urodził to był książkowym noworodkiem, budził się co 3 godziny na karmienie i tyle go wiedzieli. Cieszyłam się bo nasłuchałam się od rodziny i znajomych, że się co godzinę dzidzia budzi, że spać z nią w łóżku trzeba żeby następnego dnia nie zasnąć na stojąco, ja tego nie chciałam, nie chciałam spać z maleńkim bo, może to samolubne, ale potrzebowałam przestrzeni dla siebie i TatyMi. No ale jak to mówią jak nie płacze to nie wiesz, że masz dziecko.
Zaczęło się jak młody zaczął tyle o ile ogarniać, że jest poza brzuchem. W dzień przesypiał może 15 minut, bo miał ciekawsze rzeczy do roboty, przecież trzeba było poznawać świat, tyle się dzieje wokół a on ma spać?! O nieee nie ma tak dobrze :P, ale na szczęście w nocy nadal co 3 godzinki, dobrze przynajmniej miałam siłę zabawiać go w dzień :), chociaż nie powiem dało mi to w kość, bo trzeba było ogarnąć mieszkanie i upichcić conieco :), bo ja to jakaś taka matka polka i fruwające po chałupce kłęby psiej sierści i TataMi wcinający chińskie zupki z Radomia to nie moja bajka, ale dawaliśmy jakoś radę, chuba z całkiem nie złym skutkiem, Mi lubił siedzieć na blacie w kuchni i patrzyć jak mieszam, przyprawiam, piekę czy co tam, ze smażenia prawie zrezygnowaliśmy bo Mimek chętnie coś podjadał :). Odkurzacz lubi, jak był mniejszy to nawet kilka razy przy nim zasnął a jak płakał nie wiadomo dlaczego to uspokajał się przy nim. Teraz jak wyciągam odkurzacz to siada na korytarzu i obserwuje, macha łapkami i krzyczy. Śmieszny gość :D
Jak MałyMi skończył jakieś 7 miesięcy i w dzień praktycznie dostawał już niecycowe jedzenie zaczął nam drzemać po każdym posiłku ale też jakieś 15-20 minut, a w nocy za to budził się co pół godziny do godziny maksymalnie ciumkał cyca jakieś 5 minut i zasypiał... Wtedy zaczęliśmy odstawianie cyca na rzecz butelki, myślałam, że się nie najada bo to malutki leniuch był od początku :P Pomogło.
Teraz MałyMi budzi się w nocy dwa razy (lub milion pięćset sto dziewięćset razy, zależy od dnia <nocy> :D) i w dzień międzi 12-13 idzie na dwie godzinki na drzemkę, chociaż zaczyna mu się chyba odechciewać tego drzemania bo od dwóch dni budzi się po godzinie i płacze... Może to kolejne zębiska... albo upał, albo wszystko na raz...

Paznasz, że jesteś dorosły po tym jak drzemki staną się dla Ciebie nagrodą nie karą... :P
Miminku, nie lub drzemek jak najdłużej :*

poniedziałek, 21 lipca 2014

Co z tymi zębami?!

Czytam, pytam, dyskutuję i zauważam coś przedziwnego (pewnie nie ja jedyna), wszystkim dzieciom zęby zaczynają wychodzić ok 3 miesiąca życia (znajomej niuńka nawet w tym wieku była już w posiadaniu jednego). MałemuMi to "zaczęły iść" i na tym poprzestały... szły do 8 miesiąca...
Jak zaczął się ślinić na potęgę, pchać całe piąstki do dziubka i wrzeszczeć z niewyjaćnionych przyczyn, to myślę albo kosmici albo zęby. Szanowny Pan doktor kiedy mu o tym wspomniałam na wizycie mentalnie popukał się w czoło a na głos wypowiedział tylko NIEEE (dobrze, że doktor na zastępstwie a nie nasza pediatra). Ja swoje wiedziałam i w ruch poszły oziębiające gryzaki, które zdecydowanie nie przypadły młodemu do gustu, wolał swoje pięści. Pomogła maść na ząbkowanie, a niedawno (trochę z późno) przeczytałam na blogu znajomej o korzeniu irysa (TU), chociaż u nas Mi budzi się z wrzaskiem w nocy i to "na śpiocha" więc jakoś nie wyobrażam sobie dawać mu korzeń do ssania... Ale cudo podobno nie złe i naturalne a to się liczy, więc jak kogoś czeka droga ku ząbkom to proponuję przetestować...
Mimkowe nocki trwały 5 miesięcy, aż któregoś dnia kiedy poszłam do niego smarować dziąsła prawie zeszłam z tego świata, był tak gorący jakby spał przy piecyku w 30 stopniowy upał. Ciach termometr... Ponad 38st.... Matko... No nic czopek na zbicie (doktor kazała powyżej 38 to się stosujemy) i czekamy... spadła, Ufff. No kurcze co mu jest?! W dzień miał już nieco powyżej 37, więc czekamy, może jakiś jednodniowy paskud... Maluszek przespał cały dzień na rękach, coś tam podjadał, więc wielkiej paniki nie było. W nocy znów prawie 39st, a że ranek powitał nas piątkiem mówię do TatyMi, że rejestrujemy się do Pani doktor, co by przez weekend mieć spokojną głowę. Temperatura spadła ale nie wiadomo czy nie wróci.
Doktor obejrzała malucha w poszukiwaniu wysypki, jak już pisałam ja z tych nieoczytanych i sobie myślę Co ma wysypka do gorączki...?,  teraz już wiem, tak zwana trzydniówka, czyli gorączka z wysypką bez innych objawów, wysypki nie znalazła,za to znalazła w gardle resztki po infekcji. Hmmm no resztki ale gorączka dopiero teraz... Nic, nic, ważne, że już po. OK Pani tu jest lekarzem :P
W każdym razie wracając do tematu ząbków Mimkowi po weekendzie wyszły cztery zęby jeden po drugim w ciągu kilku dni :). Także może nie jest super dzidziusiem, który w wieku 3 miesięcy ma pierwszy ząb ale za to jest Super Dzidziusiem, który ma cztery zęby na raz :). Przed nami jeszcze "tylko" szesnaście :)

piątek, 18 lipca 2014

Pobawimy się?

Uwelbiam Mimkowe zabawki, chyba bardziej niż on sam... Może to i dobrze, może będzie kreatywny i sam będzie wymyślał zabawy, a nie snuł się po domu z brzęczącym nuudzi mi się... Poczekamy zobaczymy co z tego łobuziaka wyrośnie :)
Ostatnio wpadło do nas kilkoro znajomych, każdy znalazł coś dla siebie do zabawy. Autko, pluszak, grające coś... :), ciekawie obserwuje się dorosłych ludzi, którzy są bardziej zafascynowani zabawkami dziecka niż ono samo :)
Jakoś tak u nas jest (nie wiem czy nie w większości rzypadków), że każdy kto przychodzi do Mi twierdzi, że trzeba coś przynieść i tym optymistycznym akcentem z naszego założenia, że młody nie będzie miał biliatda zabawek zostało tylko wspomnienie. Nie narzekam, absolutnie, bo to miłe kiedy Mi dostaje nową zabawkę i tak się nią zachwyca przez 30 sekund lub do momentu wyjęcia jej z opakowania. Taki numer nam zrobił w sklepie, tak bardzo wyciągał rączki do zabawki na półce, pokrzykiwał do niej, a że zbliżał się dzień dziecka postanowiliśmy kupić mu "coś co mu się podoba", podobało i owszem do momentu aż za nią zapłaciliśmy i wyjęliśmy z opakowania, teraz leży małpka samotna i smutna w kącie kojca bo Mi woli drzeć gazety :P
Osobiście uwielbiam zabawki Fisher Price, są dobrze wykonane i rzeczywiście "robią" to co mają zawarte w opisie. Gdzieś czytałam, że często takie zabawki można spotkać w lupmpeksach, no ja niestety się  nie spotkałam i Mi naciągnął dziadka na zakup Szczeniaczka Pchaczka, wiem, wiem Młody jest za mały na niego, na razie wali go po nosie i szarpie za pyszczek ale mam nadzieję, że się do niego przekona i będzie się nim chętnie bawił. Piesek jest śmieszny i rzeczywiście wydaje te 50 różnych dźwięków jak obiecują na opakowaniu, jest estetycznie wykonany, ale kółka nie za bardzo chcą się kręcić po panelach... :( Tak chciałam się podzielić moją miłością do Mimkowej zabawki.
Mi raczej preferuje zabawę tertą, gazetą, konkretnie darciem jej na mikroskopijne strzępki, plastikową butelką, tu fascynacja skupia się na odklejeniu etykiety i chałasie. Jedyną zabawką, zabawkową są kolorowe kubeczki, które maluch przesuwa, bierze do buzi lub udzerza jesdnym o drugi.
Jakoś specjalnie nie martwi mnie brak zainteresowania Mi zabawkami, tak jak pisałam na początku, może rzadziej usłyszę Maamo, nudzi mi się... :). Chociaż od kilku dni młodego bardzo interesują autka a konkretniej ich koła, także wszystko zmierza w dobrym kierunku ;)

wtorek, 15 lipca 2014

Ciasteczkowy potwór :)

Od kiedy MałyMi odkrył smaki "pozamlekowe" wcina jak szalony, łączne ze "słodyczami". Staramy się do minimum ograniczyć spożywanie przez malucha "syfu z marketu", niestety nie jesteśmy w stanie wyeliminować wszystkich paskudztw z jego diety :( no ale satramy się jak możemy. Mi zaczął wyciągać łapki do każdego jedzenia jakie namierzy, próbował już lodów, kawy inki i małosolnego ogórka, oczywiście próbowanie polegało na liźnięciu a nie na opędzlowaniu kubła kawy czy rożka z Lidla :P
A ciasteczkowe szaleństwo zaczęło się od... tak właśnie, od buni, która zaserwowała mu herbatniczek, dobrze, że herbatniczek a nie mleczną kanapkę (chociaż o nią też już zrobił awanturę), pomyślałam herbatniczek, czy biszkopcik... przecież każdy malec to zajada, nie może być groźny, pomyliłam się tak bardzo jak w przypadku bananka. W biszkopcikach były 4 sybstancje spulchniająco-konserwująco-jakieśtam (w biszkopcikach, które każde dziecko napotkane na ulicy trzyma w łapce!), w herbatnikach "tylko" 2, więc z dwojga złego Mi wcinał właśnie je, chociaż też nie kilogramami, bo na szczęście mamy okres gdzie jego jedzeniową fascynację możemy zastąpić owockiem, warzywkiem, lub świeżym soczkiem :)
Ostatnio dorobiłam się miksera z obrotową miską, w sensie dla leniuszków, a że lubię piec to chętnie go wypróbowałam, pierwsze ciasto było dla TatyMi z okazji urodzinek, następnie maślane ciasteczka dla Mi, które nie wyszły, znaczy były smaczne ale coś poszło nie tak, muszę poszukać innego przepisu :) a wczoraj na szybko w czasie Mimkowej drzemki machnęłam owsiane ciasteczka (oryginalny przepis tu)

składniki:  
- 2 szklanki płatków owsianych 
- 1 1/2 szklanki mąki 
- 2 jajka 
- 1/2 szklanki cukru
- 100 g roztopionego masła 
- pół łyżeczki sody (mniej niż w oryginale bo dla Mi, następnym razem nie dam wcale)

przygotowanie:
Wszystkie składniki wymieszać, jeśli masa będzie bardzo gęsta, dodać parę łyżek mleka lub wody (dodałam trochę mleka). Piekarnik rozgrzać do 160 stopni. Wykładać ciastka łyżką na blaszki wyłożone papierem do pieczenia. Piec dwie blaszki na raz, ok. 7-10 minut w piekarniku z termoobiegiem lub jeśli termoobiegu nie ma, po jednej blaszce 10 - 12 minut.  

Oto co nam wyszło :)
Możecie polecić jakieś fajne przepisy na łakocie? A może sprwadzony przepis na maślane ciasteczka? Generalnie obiadkowe propozycje też chętnie przyjmę bo jakoś ostatnio weny nie mam. A co myślicie na temat przyprawiania 8 miesięcznemu bąblowi jedzenia? Mogę czy się wstrzymać?



poniedziałek, 14 lipca 2014

Dlaczego mu zabraniasz?!

Dlaczego mu zabraniasz?! - wielkim oburzeniem skwitował znajomy moją prośbę o nie stanie z MałymMi przed ekranem gdzie akurat rozgrywała się krwawa jatka (Mi może nie czaił, że krwawa ale ja czaiłam). 
Pfff ona mu broni- fuknął koleżka do swojej partnerki.
Mały to uwielbia, od razu nastaje w pokoju błoga cisza (tak, tak przeprowadziliśmy eksperyment...). 
Mi nie gapi się w monitory, żadne, nie ogląda kreskówek, nie siedzi ze mną na FB i nie pisze z Tatą sms'ów. Dlaczego? Bo tak. Wiem, że monitory nie szkodzą na wzrok tak jak kiedyś, ale jednak, poza tym wychodzę z założenia, że zdąży się naoglądać. Oglądanie TV przez tak małe dzieci może obniżać ich zdolność koncentracji w późniejszych latach... Czy to prawda, nie wiem, gdzieś to przeczytałąm ale raczej nie w jakimś specjalistycznym piśmie popartym miliardem badań, ale skoro gdzieś to widziałam i może to być prawdą to po co mam mu fundować obniżenie koncentracji.
Dość problematyczne jest gdy przychodzisz w gości i prosisz o wyłączenie telewizora, no ale skoro już przyszliśmy to możemy pogadać bez wyjącego pudła nad głową. Większość naszych znjomych jest tolerancyjna (lub dobrze udaje) i z mniejszym lub większym zapałem gasi "towarzysza swojego życia" chociaż jak zawsze są wyjątki i kiedyś od kogoś usłyszałam, że telewizor jest od tego żeby grać. Okej jesteś u siebie w domu...
To oczywiście nie jest tak, że kiedy wchodzimy do sklepu RTV to zakrywam małemu oczy, kiedy zerka przez moje ramię to z wrzaskiem trzaskam laptopem albo w panice szukam pilota, ale nie ma sytuacji kiedy mówię do niego choć synku pooglądamy bajeczkę. Nie jestem fanatyczką, ale w domu komputera i TV używamy kiedy Mi śpi. Do pół roku w ogóle nie pozwalałam mu patrzeć się w ekrany, teraz sporadycznie zerknie to tu to tam, ale zaczyna rozumieć i to go przyciąga. Nie chcę żeby tak jak jedno ze znajomych dzieci nie potrafił przejść obojętnie koło grającego telewizora, bo jego tata gdy miał coś koło roku puszczał mu wieczorami bajki na laptopie. Bajkę można opowiedzieć, przeczytać, ale to wymaga zaangażowania ze strony rodziców, widocznie nie każdy ma tyle chęci...
Po co ma się gapić w te, nazwijmy to, potencjalnie szkodliwe dla jego rozwoju urządzenia kiedy i tak nic nie rozumie, bo co, bo mi będzie wygodniej, bo przestanie marudzić a ja nadrobię nowinki z fejsika albo obejrzę bardzo inteligentny paradokument... Wolę potarzać się po podlodze, pośpiewać piosenki czy pójść na spacer. Mamy wiele ciekawszych rzeczy do roboty niż obserwowanie migających obrazków.
Przesadzam... Być może ale chcę z nim spędzać jak najwięcej czasu, z nim, a nie obok niego, bo podrośnie w mgnieniu oka i wtedy to koledzy z podwórka będą wyznaczali trendy i nie będę mu zabraniać obejrzeć "fantastyczną" kreskówkę, o której mówi całe osiedle. :) (oczywiście wszystko w ramach zdrowego rozsądku)

sobota, 12 lipca 2014

Owocowa zmora

Ja wiem, że mamuśki są oczytane, naoglądane i napytane własnych mam, babć lub innych fachowców od wychowania dzieci (teraz często się radzę fachowców, ale zanim Mi się pojawił nie miałam potrzeby pytać i czytać), ja nie jestem, chciałam mieć dzidziusia a nie pretekst do przetrząsania Internetu by jak najwięcej dowiedzieć się o kupkach, dupkach, praniu i gotowaniu, dlatego zaliczyłam wiele wpadek. Jedną z nich było wywabianie plam.
Mi zaczynał jedzenie owocków standardowo (?) od jabłuszka, a z racji tego, że śliniak baardzo ograniczał jego wolność pomyślałam, że przecież to tylko jabłuszko i na bank elegancko zejdzie w praniu. Nic bardziej mylnego, jabłuszko wżarło się we wdzianko niczym mama w czekoladki :P, drugim i chyba gorszym przeciwnikiem proszku do prania był BANAN, no ten to w ogóle dał czadu, zostawił plamy jakby Mi babrał się w błocie i to jeszcze na moim ulubionym pierwszy raz założonym ubranku.

takie moje smuteczki :(

Normalnie niczym nie chciało zejść :(
Wiem, wiem nie jedna pomyśli: Matko co za guła. Ja naprawdę myślałam, że bananek i jabłuszko to niegroźne, smakowite przekąski dla maluszka, wszyscy wiedzą, że maliny, czereśnie czy takie tam robią plamy ale banan no przecież on nawet nie ma koloru, a tu proszę.
Nie zeszło w pierwszym, drugim praniu... No nic wdzianko i tak na straty więc spróbuję w wyższej temp... Nic? No dobra wujek Google jednak musi przyjść z pomocą, wpisuję Jak wywabić plamę z banana? i czytam, że wysoka temperatura utrwala plamy z owoców, no żesz w pyszczek no, teraz mi to mówicie... No nic czytam czy jest jakaś szansa, a owszem odplamiacze, proszki do białego, namaczanie na 24h w takim to a takim specyfiku, niestety wdzianko wygląda jakby 15 osób je nosiło na przestrzeni wieków a plamy mają się znakomicie :(
Piszę dla informacji, plamę z owoców należy zaprać na świeżo w letniej wodzie z dodatkiem mydła. Moja czarna rozpacz po wyciągnięciu ubranek z pralki dała mi pretekst do napisania tej notki, żeby żadna z Was nie musiała płakać nad zniszczonymi pięknymi ubrankami... 
Albo inaczej ZAKŁADAJCIE ŚLINIAKI DO JEDZENIA :D
Ot chciałam się podzielić moją frustracją na temat zniszczonych wdzianek... ;).
Myślicie, że da się jeszcze coś z tym zrobić?

czwartek, 10 lipca 2014

Nowe smaki MałegoMi

Wprowadzać jedzonko inne niż cycy zaczęliśmy jak Mi skończył 6 miesięcy, początkowo ostrożnie wręcz z lekką paniką czy nie będzie na nic uczulony bo chciałam żeby mógł jeść wszystko tak jak my. Ostrożnie, nie wiem czy nie za bardzo ostrożnie wprowadzaliśmy co kilka dni nowe warzywko. Gotuję sama bo lubię wiedzieć co jem i z czego jest zrobiony posiłek dla mnie i dla mojej rodzinki, chociaż nie oszukujmy się nie jestem w stanie wyeliminować wszystkich szkodliwych elementów zawartych w pokarmach ale wiem, że marchewka jaką je Mi jest marchewką a nie aromatem marchewkowym :P
Zaczęliśmy od kleiku ryżowego, krótym MałyMi pluł mimo, że nie umiał (:D), więc kleik nie zagościł w naszym jadłospisie. Pojedynczo dostawał warzywka, ziemniaczka, marchewkę (marchewka jest nie jadalna w mniemaniu mojego synusia :P), później zaczęliśmy mieszać te warzywka, które już znał. 
Nie przecierałam jedzenia, nie blendowałam go, bo mi ładnie "żuł" to co mu serwowałam, fakt początkowo mocno rozgotowywałam warzywka, a owocki kupowałam mocno dojrzałe żeby łatwo się rozgniatały.
Bez wpadek się nie obyło, jak w każdym "przełomowym" momencie życia malucha. Tak bardzo cieszyłam się, że tak ładnie je, że za szybko zaczęłam wprowadzać kolejne produkty i syneczka rozbolał brzuch i miał problemy z "konkretami" w pieluszce, szybko przystopowaliśmy z nowym jedzeniem i skończyło się na 2 dniach płaczu i noszenia na rękach.
Bałam się też wprowadzenia glutenu ze względu na uczulenie na gluten lub co gorsza celiakię, na razie jest OK i mam nadzieję, że tak zostanie, bo nie chciałabym żeby Mi musiał się "bać" jakiegoś jedzena. My lubimy jeść i chcę żeby mały też czerpał z tego przyjemność. Wprowadzaliśmy gluten w postaci kaszki manny do zaciągania zupki, ale pewnego dnia "dorwał" piętkę od chleba (bezzębny brzdąc wcinający chleb, WOW!) i tak sam sobie wprowadził gluten :P
Słoiczkowy moment też mieliśmy, bo mama się rozleniwiła i próbowała zasrewować maluchowi gotowe jedzonko. Niestety, stety po tygodniu jedzenia słoiczków (na przemian z obiadkami gotowanymi osobiście)  Mi zaczął mieć odruch wymiotny i strasznie się ksztusił słoiczkowymi obiadkami, więc odstawiliśmy gotowe jedzenie i pozaostaliśmy przy gotowaniu :D, doszłam do wprawy i teraz gotowania dla młodego zajmuje mi jakieś pół godzinki...
Nasz obiadek wygląda dziś tak:

Bardzo cieszę się że szkrab z wielką chęcią je to co mu serwuję, łącznie z brokułami i cukinią, bez których nie wyobrażam sobie życia :), trochę szkoda, że nie przepada za marchewką ale soczek marchewkowy pije więc jest szansa na zmianę upodobań :D

wtorek, 8 lipca 2014

Wracamy :)

Och lata świetlne nic nie pisałam, ale uczelnia, rosnący maluszek... Świat stał na głowie. MałyMi ma już 8 miesięcy i jest zabawnym brzdącem, ale co się namęczyliśmy przez te kilka miesięcy... Ojj jest co opowiadać :)
Po pierwsze muszę przyznać, że odkryłam co znaczy, że maluch rwie się do siadania... Mi tak podnosił główkę, tak wierzgał i wrzeszczał w niebogłosy, że pewnego dnia go posadziłam... Wiem, wiem moje święte oburzenie w temacie sadzania maluszków, pamiętam :P Ale na swoją obronę mam argument, nie obkładałam go poduszkami i nie zostawiałam bezwładnego, małago paragrafy na kanapie... Zawsze ktoś go asekurował, poprawiał żeby siedział prosto, mimo wszystko bałam się żeby nie utrwaliła się zła postawa siedząca, chociaż teraz kiedy siedzi sam nadal jest paragrafkiem, ale żaden lekarz nic nie mówił, że coś jest nie tak, więc mam nadzieję, że nie jest...
Jaka radość w rodzinie była kiedy MałyMi potrafił sam siedzieć...

-NO teraz będzie trochę spokoju, może przestanie tak wiecznie płakać...

Taa akurat. Usiadł posiedział i dalej wrzaski. Marko moja toż to trzeba być jasnowidzem żeby wykombinować o co chodzi brzdącowi... Przewiń, nakarm, posadź... NIC, wrzask po 2 minutach...
Po miesiącu ( wiem mało kumaci z nas rodzice :P) odkryliśmy, że samo siedzenie to mało trzeba jeszcze przenosić do różnych pokoi, żeby się Księciuniowi krajobraz zmieniał :D taki to nasz Mi cwany, ale mama się też wycwaniła, kładę na podłodze starą kołderkę, sadzam go na niej a jak zaczynają się wrzaski to myk kołderkę za rogi i w inne miejsce, HAHA cwana mama :P
Fajnie obserwuje się jak dzieciątko z małej fasolki w brzuchu zmienia się w małego potworasa ( oczywiście pieszczotliwie Go tak nazywam, żeby nie było wątpliwości :)), który siada, je coś innego niż cycy, staje się człowieczkiem już nie tak bardzo zależnym od nas... On się teraz tak fajnie przytula i gada po swojemu... Och no nic, lecę grzać zupkę, bo słyszę, że się obudził. Buzka dla wszystkich przyszłych i obecnych mam :*

sobota, 1 marca 2014

Mama (nie) idealna

Pewnie kolejny raz o tym piszę ale w dydku mnie strzyka jak czytam takie pierdoły... Mówię o nagonce na karmienie piersią. Jeśli jeszcze raz przeczytam, zobaczę, uslyszę lub co tam jeszcze mogę zrobić zmysłami, że karmieni butelką wynik z lenistwa matki i że jak się chciało dzieciaka to trzeba było się zastanowić a nie "robić", że najlepiej napaść butlą żeby przypadkiem się w nocy nie obudziło z p[łaczem bo przecież szanowna mamusia musi się wyspać to szlag mnie nagły trafi i cholera weźmie.
My MałegoMi planowaliśmy i powołanie go na świat było jedną z niewielu rzeczy, którą podjęłam tak świadomie, więc nie p...dol mi tu jedna z drugą, że trzeba było się zastanowić.
Może ktoś kto pisze, że karmienie butlą to wynik lenistwa nigdy  nie miał problemu z wrzeszczącym w niebogłosy brzdącem, wijącym się jak mały wąż (ale w pień silny), albo ma bardzo wytrzymałą psychikę. Ja takiej nie posiadam i kiedy Mi wrzeszczy przez pół godziny absolutnie nie pozwalając się przystawić to mam dwa wyjścia albo go sobie do "cycka" przywiążę i na siłę nakarmię albo dam mu butlę i oboje będziemy zadowoleni. Moim zdaniem to nie jest pójście na łatwiznę, to jest nie znęcanie się nad dzieckiem. 
Bardzo chcę karmić piersią i staram się go przystawiać kiedy jest jego pora na jedzenie, ale kiedy mam z nim walczyć to naprawdę nie mam na to siły i myślę że on też nie. Nie chcę żeby kontakt ze mną kojarzył mu się z walką, wolę żeby nasza bliskość nie była tak ogromna jak podczas karmienia piersią (co w sumie też jest dla mnie bzdurą ale OK), a żedby w zamian za to chętnie się do mnie przytulał i nie kojarzył mnie z nerwami.
Co do "zatykania" dziecka mlekiem modyfikowanym w nocy ba szanowna mamusia musi się wyspać to zapraszam do mnie kiedy Mi na wieczór nie dostanie swojej porcij. Chętnie popatrzę jak gania mądrala co 20 minut do jego pokoju bo budzi się (chociaż wątpię czy w ogóle zasnął) z wrzaskiem jakby od tygodnia nie spał. Wytrzymałam tak 4 noce i oboje byliśmy wykończeni a do tego nikt z rodziny nie chciał ze mną rozmawiać bo wrzeszczałam na niego, psom też się oberwało i koczowały na podwórku bo sama ich obecność przyprawiała mnie o białą gorączkę.
W mojej ocenie to nie jest zatykanie tylko zapewnieniesobie o dziecku minimum odpoczynku żeby w dzień móc bawić się w najlepsze bez nerwów. 
Może i jest w tym jakaś moja wina, może go źle przystawiam, może o zbyt wielu rzeczach na raz myślę kiedy go karmię, nie przeczę ale absolutnie nie życzę sobie żeby ktoś mnie potępiał bo karmię dziecko mlekiem modyfikowanym. Nie chcaiłam tego ale skoro z jakichś przyczyn on nie najada się moim mlekiem to nie będę z nim walczyć, wolę ten czas poświęcić na zabawę, śpiewanie czy spacer.
Nie przeczę, że są matki, które ze względów na wygodę podają dziecku mm, nie chcą mieć cycków do ziemi i chcą mieć czas na imprezy, ale one tego nie czytają a jeśli już to mają to w głębokim poważaniu, takie teksty prędzej dotkną kogoś takiego jak ja niż kogoś kto faktycznie robi to ze względów "estetycznych".
Mama nie może być leniwa bo wtedy jest G warta. 
Pozdrawiam wszystkie mamy (nie) idealne, jesteście super :*

czwartek, 27 lutego 2014

Jak ułatwić sobie życie

Dziś słów kilka o chuście do noszenia maluszka. Zażyczyłam sobie takie cudo na prezent, ponieważ tani to interes nie jest a nie każde dzieciątko lubi być w niej noszone, więc co by nie wyrzycić kasy w błoto cwana mama (jak zawsze) wpadła na pomysł poproszenia o zakup kogoś kro nie ma nic wspólnego z domowym budżetem :)
Chciałam taką chustę ze względu na fakt posiadania przez nas psów z którymi trzeba wyjść kilka razy dziennie, a pakowanie MałegoMi kilka razy dziennie do wózka na te 20 minut nie "podniecało" mnie absolutnie. A tak rach ciach Mi jest gotowy do drogi ja mam wolne ręce i wygodnie trzyma się smycz :P
Do takiej chusty dzidziunia można bardzo szybko "zapakować" bodajże po 1 miesiącu życia, bo można zawiązać ją w sposób umożliwiwjący "polożenie" dzieciątka. MałyMi to indywidualista i po nieco ponad miesiącu trzymał wysoko główkę leżąc na brzuszku i mowy nie było żeby zawiązać ją w kołyskę, od początku nosiłam go na "koalę", bałam się że może stać mu sie jakaś krzywda ale kiedy zawiązałam chustę i "upchnęłam" do niej młodego okazało się, że jest na tyle mocno "zasznurowany", że główka mu nie "lata". Początkowo chodziliśmy tylko na krótkie spacery z psami, później parę razy do osiedlowego sklepu, a w końcu zaczęliśmy spacerować po lesie, Mi chętnie zasypia taki przytulony podczas spaceru.
W domu za to absolutnie nie toleruje chusty, weiem że niektóre mamy w ten sposób radzą sobie z urwisami, które z rąk nie schodzą, ale Mi odmawie wspoółpracy w domu wierci się i płacze, więc chusta zostaje nam na spacery, wtedy mogę prosto do uszka opowiadać o świecie jaki ogląda. Miało tu być nasze zdjęcie ale jak już napisałam Mi w domu nie współpracuje z chustą, więc wrzucam zdjęcie "poglądowe" :P Z tej strony jest nasza chusta www.pentelka.na.allegro.pl


Fajne jest też to, że zimą nie musiałam go ubierać w te wszystkie śpiwory itp. (oczywiście przy -12 odpuściliśmy spacery w chuście) tylko kurteczka, czapunia, szaliczek, butki i cheja w drogę. Marzy mi się jeszcze kurtka, w której można zapiąć niunię w chuście ale nie wiadomo czy w przyszłym roku Mi będzie w ogóle reflektował na chustowanie, jeśli tak to pomyśłimy o kurtce, wtedy -12 nam nie straszne :) 

środa, 26 lutego 2014

Nowy przyjaciel MI

Ciężko jest pisać regularnie kiedy maleństwo wrzeszczy w niebogłosy lub gdy jest taka pogoda, cały dzień nie ma nas w domu. 
W końcu znalazłam chwilę i chcę Wam przedstawić nowego Mimkowego przyjaciela- "szczoteczkę" do zębów, a właściwie masażer do dziąsełek...



Zakupu dokoniliśmy w drogerii Rossmann za sumkę niecałych 11 zł... ale masażer miał jeszcze kumpli, nazwali to trzy stopniowy zestaw do nauki samodzielnego szczotkowania zębów, czy jakoś tak. W skład zestawu wchodzi masażer, który jest pierwszym krokiem na drodze do samodzielności (...), następne jest coś co przypomina szczoteczkę ale ma gumowe "włosie" i tu nadal nie używa się pasty, wreszcie pierwsza szczoteczka, którą dziecko posługuje się naśladując rodziców... :D


Zaczęliśmy poszukiwania takiego cuda w momencie kiedy MalyMi zaczął nam histeryzować i bardzo ciężko było go uspokoić... Pierwsze podejrzenie padło na ząbki, ale nie chciałam stosować jeszcze żelu bo pani doktor powiedziała, że to zdecydowanie za wcześ nie na zęby, no ale przecież mama wie lepiej (:P), więc zaczęły się poszukiwania alternatywy i cudownym trafem wpadłam na takie cudeńko.
Mi lubi "szczotkować zęby", śmieje się przy tym, liże szczoteczkę :)
Mam nadzieję, że coś działam tym masowaniem, a jeśli nie to na pewno nie robię mu krzywdy.
A jaki był Wasz sposób na ząbkujące maluchy? Może coś podpowiecie...


sobota, 22 lutego 2014

Wyprawka dla niemowlaka

Ja wiekszość ubrań dla Mi dostałam, tak jak całą resztę wyprawki, moje szczęście. Dla tych, którzy planują kompletowanie ciuszków własnymi siłami mam kilka propozycji. 
Pierwsza NAJWAŻNIEJSZA: nie przesadzaj z ilością wdzianek w jednym rozmiarze, niuniek szybko rośnie i nie zdąży ich założyć, a kaska wydana, poza tym rozmiar rozmiarowi nie równy i może okazać się, że rozmiar który aktualnie powinien nosić Twój brzdąc jest w pień przeogromny, co jest połową biedy bo podrośnie, lub mikroskopijny...
Nie "jaraj" się przesłodkimi wdziankami, my tak zrobiliśmy i kupiliśmy na szczęście tylko 4 body w rozmiarze 62 z krótkim rękawem (Mi urodził się w październiku i ani razu nie miał ich na sobie), przeanalizuj w jakiej porze roku przyjdzie na świat Twój potomek i dostosuj do niej rozmiary.
W ogóle z ilością nie przesadzaj, żyjemy w czasach kiedy w razie W możesz (lub tata) skoczyć do sklepu i dokupić brakujący element garderoby dzidziunia. Poza tym nie wierzę, że krewni i znajomi Królika nie uraczą Cię przecudnymi ubrankami :P
Proponuję na początek wdzianka w rozmiarze 62 lub 68, jeśli będą za duże to podrośnie, a w rozmiar 55 już od początku może się nie zmieścić.
A i nie sugeruj się rozmiarem typu 3 miesiące czy coś, bo Mi na przykład nosi ubranka na 6-9 miesięcy... (!)
Mi nie ulewał (zaczął bo go przechwaliłam :P), więc na początek wystarczyło mu 6 czy 7 "pajacyków" tylko, że ja piorę co drugi dzień ze względu na pieluchy, które prać trzeba. Może ktoś ma jakąś inną ilościową propozycję...
"Pajacyki" to te takie ubranka w całości, moja mama tak je nazywa, nie wiem czy to fachowa nazwa :P,


są moim zdaniem najwygodniejsze w obsłudze dla opiekuna maleństwa (nie piszę mamy bo jestem za partnerstwem w wychowaniu :D),bo nie musisz rozbierać nie wiadomo ilu warstw tylko kilka guziczków odpinasz i pielucha zmieniona, są wersje grube i cienkie... 
Nie proponuję czegoś takiego:


Ze względu na to, że pod spód zakładasz koszulkę, która się podwija i moim zdaniem dziecku jest nie wygodnie leżeć na takiej pozawijanej "szircie", to taka moja sugestia :)
Do tego jakiś śpiworek na spacer, ale to możemy odłożyć w sumie do narodzin malca, bo zimą czy jesienią i tak od razu z dzieckiem na spacer nie pójdziesz? 
Pewnie dla maluszka, który urodzi się latem ;) wystarczające będą body albo takie "pajacyki" z krótkim rękawem i nogawkami, albo nwet koszulka i pieluszka :)

Sugeruję żeby ograniczć się przy zakupach przed narodzinami tylko do ubranek niezbędnych, po urodzeniu będzie wiadomo jaki długi jest brzdąc i wtedy można poszaleć, a tak, po raz kolejny przytoczę mój ulubiony argument, po co wydawać kasiorkę :)
Z akcesoriów poza ubrankowych proponuję kilka tetrowych pieluszek, żeby położyć niunię do przewinięcia, my na początku nie bawiliśmy się w przewijak, tylko na naszym łóżku go przewijaliśmy na pieluszce, teraz na ślinienie się przydaje :) 
Kocyki, my mamy 4, a tak się zastanawiałam po co mi tyle :P. Jeden do wózka, jeden w łóżeczku (bo Mi nie używa pościeli), jeden jest w kojcu, a jeden "mobilny"- do auta czy do przykrycia w domu :D
Takie tam rady cioci kloci :D. W razie jakichś spraw nie poruszonych w notce zapraszam do pozostawienia komentarza, na pewno odpowiem :* Jakieś inne pomysły na początkową garderobę dzidzi? :D


piątek, 21 lutego 2014

Sadzanie maluszka

Dziś post nie zbyt długi bo Mi ma jakieś problemy z egzystencją i nie daje nic zrobić.
Zastanawiałam się ostatnio nad tematem "sadzania", bo siedzeniem nie można tego nazwać, to raczej egzystencja w przedziwnej pozycji, takich maluszków 4-5 miesięcznych.
Widzę, że sporo mamusiek "sadza" dzidziunia, bo on chce, rwie się do tego... No nie wiem jak wygląda "rwanie się" takiego człowieczka, bo zawsze oglądam takie sytuacje w pozycji już "siedzącej".
Mi też nie lubi leżeć, podnosi główkę jak ktoś trzyma go na rękach, uwielbia pozycję pionową, ale czy to jest to "rwanie się"? Nie wiem, mi jakoś do głowy by nie przyszło, żeby sadzać go, obkładać poduszkami czy czym tam jeszcze. Dopiero ogarnął ciężar swojej głowy, a ja mam mu "kazać" ogarnąć ciężar całego tułowia? No jakoś nie wiem...
Jak tak zaczęłam myśleć (tak wiem wyczyn :P) to wpadłam na pomysł, że zapytam o poradę wujka Googla, a on mi na to, że wczesne sadzanie dziecka utrwala nieprawidłową postawę...
Czyli co, czyli na własne życzenie mam swojemu dziecku fundować skrzywienie kręgosłupa, bo "rwie się" do siadania...
Chyba zaczekam, aż z tego "rwania" wyjdzie samodzielne siadanie, a tym czasem kształtujemy mięśnie pleców przez leżenie na brzuszku. Leżenie jest nie atrakcyjne w zbyt dużej dawce, więc się "kulamy", robimy "samolocik", podnosimy ciężary (no ciężarek to z niego niezły :)).
Może przesadzam? Co sądzicie?
A jeszcze jedno nie kupujcie NIGDY tych leżaczków- bujaczków (dostaliśmy takie cudo), bo dziecko w nim jak paragraf, podajrzewam, że to też za dobrej postawy nie kształtuje, chyba że Mi nie potrafił w tym "siedzieć"... Już lepiej włożyć brzdąca do tego przenośnego fotelika samochodowego tam przynajmniej ma całe plecy podparte.
Jak zwykle się czepiam i jak zawsze coś mi nie pasuje, ale jak widzę takie dziecko, które nie wie co ma z sobą zrobić bo je posadzili...
Mam nadzieję, że się mylę i takie sadzanie nie robi krzywdy tym dzieciom, które już "siedzą"

czwartek, 20 lutego 2014

Jak ubierać niemowlaka...

Bo ja to chyba jednak stuknięta jestem, albo wszyscy inni są...
Po pierwsze mój synuś nie nosi rajstop, skoro nie bawi się lalkami to dlaczego ma nosić część garderoby przeznaczoną dla dziewczyn :) Rozumiem jeszcze 30 stopniowy mróz, chociaż też nie bardzo... ale do przedszkola? po domu? no serio rajtuzy? Oburzenie ogromne, ciągłe pytanie- czemu on nie ma rajstop? BO NIE.
Ale nie o tym chciałam dziś pisać... Chciałam poruszyć temat ubierania dzieciątka na spacer. Ostatnio było jakoś 12 st na plusie, więc MałyMi był w body z długim rękawem, dżinsach, ciepłej bluzie i cienkiej czapeczce, przykryliśmy go kocykiem i w drogę, fakt że jechaliśmy autem i do auta było jakieś 100 metrów a z samochodu do miejsca przeznaczenia jakieś 300, ale do wózka na spacer nie jest inaczej ubierany... Zimą zakładaliśmy ciepły kombinezon, poza tym w wózku są jeszcze takie "ocieplacze" czy jak to nazwać.
Czy to jest za lekkie ubieranie? Nie wydaje  mi się Mi zawsze był po spacerze cieplutki, nigdy się nie rozchorował.
Wracając do moich rozmyślań czy jestem nienormalna tak ubierając dzieciątko, ale skoro na dworze jest 12 st, jego temperatura ciała jest wyższa od mojej a mi nia dworze wystarczy bluza i kamizelka to czemu jego mam opatulać 15 kocami, zawiązywać szalem i wielką czapką, żeby broń matko dziecku ani kawałek gołego ciała nie wystawał. Właśnie taki obrazek widzieliśmy w poczekalni u jednego ze specjalistów, nasz Mi ubrany jak na wiosnę przystało kontra chłopiec (wnioskuję po kolorze kocy bo dziecka nie było widać) ubrany po czubek nosa... Serio mamo w cienkiej katance? Serio miślisz, że Twoje dziecko mogło zamarznąć?
Czy ja źle podchodzę do sprawy traktując mojego synusia jak małego człoweika, który generalnie ma podobne potrzeby jak ja... Nie chcę nikogo potępiać za ubieranie dzieci ale naprawdę 12 st i 12 kocy?
Jaki jest Wasz sposób na ubieranie malucha?

środa, 19 lutego 2014

Proszek dla niemowląt moja wersja :)

Ja to jednak ryzykantka jestem, tak sobie pomyślałam wczoraj wrzucając pranie Mi do pralki...
Stwierdziłam, żę absolutnie nie podoba mi się zapach proszku do prania dla niemowląt i postanowiłam, że nie będę go używać. Kombinowałam co by tu zrobić żeby MałemuMi nie zaszkodzić, nie dowalić detergentem w delikatne ciałko. 
Plan był taki, kupiłam "śmierdzący" proszek dla dzieci,


proszek dla alergików


i zwykły proszek tylko sensitive

i wyprałam w każdym po kilka pieluszek tertowych, ilość proszku dla alergików i tego zwykłego zmniejszyłam o połowę względem zalecanej na opakowaniu, problemem było zapamiętanie, które wyprane są w czym, ale stertki w szafie z podpisem załatwiły sprawę..
Zaczęłam od średniej dawki detergentu czyli od tetry pranej w proszku dla alergików, kładłam na nich maluszka do przewijania, wycierałam buźkę kiedy ulał lub się "opluł" przy piciu butelki. nie wywołało to żadnej reakcji alergicznej, nie podrażniło skóry, no OK tylko to proszek dla alergików więc bym się ździwiła gdyby wywołał... Plus taki, że nie "śmierdział" obcym dzieckiem (nie wiem czemu miałam takie skojarzenia z proszkiem dla dzieci). Nie wprowadziłam za szybko zwykłego proszku, przez ponad 2 miesiące prałam ubranka w tym dla alergików, ale myślę sobie, przecież przytula się do naszuch ubrań, leży w naszej pościeli, zdażało mi się położyć go na naszym kocu czy go nim przykryć gdyby miał dostać jakiejś alergii czy podrażnić skórę, to bym zauważyła po takim czasie. Stopniowo zaczęłam prać jego ubranka w zwykłym proszku, cały czas oddzielnie wieszając te prane w proszku dla alergików i te ze zwykłego żeby w razie czego natychmiast znaleźć przyczynę wysypki czy czego tam mógłby dostać. Nic mu nie jest :) a od kilkun prań dolewam kropelkę płynu do płukania i czekam jak zareaguje.
To kolejny przykład na to, że wcale nie trzeba kupawać wszystkiego co polecają media i kto tam jeszcze. Moim zdaniem im bardziej będziemy chuchać i dmuchać na nasze pociechy tym mniej odporne będą na syf tego świata. Oczywiście wszystko z rozsądkiem, każdą decyzję przemyślałam 150 razy, nie mówię o wystawianiu niemowlaka nago na 15 stopniowy mróz, chociaż w niektórych kulturach to normalne :)

wtorek, 18 lutego 2014

Codzienna pielęgnacja maluszka

W sumie od tego powinnam zacząć ale powszechnie wiadomo, że ja wszystko od tyłka strony, nawet gazety przeglądam od końca :P, więc dziś ogólny zarys kosmetyków MałegoMi.


Sudocrem i Bepanthen znany z poprzedniej notki :) Termometr do wody, z którego użyciem i tak mam problemy, zawsze musimy czekać aż woda ostygnie albo dolewać gorącej :P. Najlepszą wodę do kąpieli robi OCZYWIŚCIE TataMi :* Ten zielony misiu za termometrem to grzebień (przesialiśmy gdzieś szczotkę :)) 



a szczotka ważna na początku, trzeba regularnie "czesać" włoski lub ich brak, żeby zapobiec powstawaniu ciemieniuchy (to taka obrzydliwa skorupa na czajniczku się robi).
To małe w przeźroczystej byteleczce to sól fizjologiczna, polecam tą mniejszą buteleczkę coby nie stało toto otwarte zbyt długo...


do zakrapiania noska żeby nawilżyć śluzówkę i do oczek, jeśli ropieją. Mi od początku kategorycznie odmówił stosowania "kropek" do oczu, fartem mu nie ropieją więc nie zmuszamy. Do noska kropimy bo Mi ma wiecznie zapchany nochalek i co za tym idzie zaopatrzyliśmy się we "FRIDĘ" aspirator do nosa,


babolki wyciąga się "wysysając" je z noska (wiem obrzydliwie brzmi ale jest nie groźne), aspirator o tyle w moim przekonaniu jest lepszy, że po pierwsze nie pakujesz nic maleństwu do nosa, a po drugie sam/a (może tatusiowie też robią takie rzeczy) dobierasz siłę ssania :P. Mamy jeszcze w koszyczku takie śmieszne patyczki do uszu, 



czyścimy nimi nosek z wierzchu i koniecznie za uszkami bo tam też się takie nie ładne coś robi jak nie zadbamy (przyznam się bez bicia, wiem z autopsji). 
Octanisept był na pępuszek


nie wiem czy zdał egzamin bo Mi kikutek odpadł po ponad 3 tygodniach i nie wiem czy taka jego uroda czy preparat nie zdał egzaminu, w każdym razie nie babrał się a to najważniejsze. Psikaliśmy przy każdej zmianie pieluszki.
Kremik na wiatr i mróz Rossmanowy: ładnie pachnie, nie podrażnia, ile było mrozu to zdał egzamin :)
Oliwka w sumie to nie wiem stosowaliśmy ją krótko, na włoski żeby skóra głowy się nie przesuszała ale jak włoski podrosły to wyglądały jak nie umyte to przestaliśmy smarować. Pachnie przyjemnie i też nie uczuliła. No i "żel pod przysznic" stosujemy do wody żeby zrobić piankę i na "gąbeczkę" do mycia. Lubimy go, doznania zapachowe i uczuleniowe jak w pozostałych przypadkach. Stosujemy wszystkie kosmetyki jednej firmy żeby w razie czego wiedzieć co uczula, ale mam nadzieje, że po prawie 4 miesiącach już nam nic nie grozi... No i najważniejszy element koszyczka, póki co cieszy oko tylko moje, "gąbeczka" Tygrysek, stosowana od niedawna bo podobno na początek najlepszą myjką sią ręce osoby myjącej :)
Tyle opowieści z koszyczka MałegoMi, a Wy co stosujecie u swoich pociech? Czy markowe kosmetyki zawsze zdają egzamin?

poniedziałek, 17 lutego 2014

bepanthen vs sudocrem

Bepanthen: jesteśmy dumnymi właścicielami 30g opakowania, które służy nam od 2 miesięcy.
Producent pisze:
Regeneruje, odżywia oraz chroni skórę przed odparzeniami pieluszkowymi.
Specjalna formuła Bepanthen Baby Maść Ochronna chroni skórę niemowląt przed podrażnieniami i odparzeniem pieluszkowym.
Dzięki przezroczystej i lekkiej konsystencji Bepanthen Baby Maść Ochronna pielęgnuje skórę, pozwalając jej jednocześnie oddychać oraz jest łatwa do nakładania i usuwania. Zawiera prowitaminę B5, która przyspiesza proces naturalnej regeneracji skóry i wzmacnia jej barierę ochronną oraz wspomaga gojenie.
W tym przypadku o dziwo nie mija się z prawdą, maść jest łatwa do rozsmarowania i ładnie się wchłania, nie zostawia nieładnego "nalotu" na skórze, my stosujemy ją również na buzię Mi. Z tym przyspieszaniem regeneracji to też nie ściema, kiedy maluch jednak dostał lekkiej wysypki na "dupince" po posmarowaniu w ciągu 2godzin wysypka znikła. Nie wiemy czym są odparzenia pieluszkowe, ale w tym przypadku to "współpraca" Bepanthenu i pieluszek wielorazowych :)
Sudocrem, my jesteśmy w posiadaniu małej próbeczki, która w 100% zaspokaja nasze zapotrzebowanie na krem "do zadań specjalnych", bo do "dupeczki" nie polecam, a tym bardziej do buzi... :(
Cudokrem (:P) jest bardzo gęsty, ciężko go rozsmarować i bardzo długo pozostaje w miejscu aplikacji :)
Buzię wysuszył, lekko zaczęła Mi skóra schodzić...
Za to chwalę go za użytwczność w wielu innych sprawach np. w leczeniu oparzeń, "opryszczki", wysuszaniu niechcianych elementów twarzy...(:D) ale to zdecydowanie zastosowanie dla starszych.
Jedynym minusem Bepanthenu jest zapach, ciężki do określenia, niby nijaki ale mi nie odpowiada za to sudocrem pachnie przyjemnie ale co z tego jeśli w dziecięcej pielęgnacji u nas nie zdał egzaminu :)
Ktoś może zna jeszcze inne kremiki do pielęgnacji dzidziunia? Chętnie poznam coś nowego :D


piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowa komercja

Dziś z racji "dnia zakochanych" słów kilka o moim stosunku do tego "święta".
Nie chcę żeby w przyszłości mój syn ulegał tym wszystkim głupotom ale oczywiście jeśli taka będzie jego wola uszanuję to.
Nie rozumiem idei nagłego zakochania w dniu 14 lutego, nie wiadomo dlaczego nagle wszyscy się za rączki trzymają i okazują uczucia... Jeśli masz kochaną osobę to okazuj jej czułość każdego dnia i w każdej wolnej chwili, najmniejszymi gestami, zwykłym przytuleniem, całusem. Gdzie powiedziane jest, że miłość można okazać jedynie drogą kolacją, czy seksowną bielizną (za którą zapłacisz kupę siana a ona pozostanie na Tobie jakąś minutę...).
Szara codzienność i pośpiech, to właśnie w tym ciągłym biegu okazanie najbliższej osobie zainteresowania i czułości to dowód miłości. Dlaczego jakiś niedopieszczony amerykanin ma mi dyktować kiedy jest dzień zakochanych? Ja mam rok zakochanych i dobrze mi z tym, bez miliardów serduszek, grubciów w pieluchach i z łukiem (kto dziecku w pieluszce pozwala używać łuku?!)
Poza tym czemu akurat luty? Jest zimno, szaro i szybko robi się ciemno (może o to chodzi :P), nie można było wykombinować jakiegoś letniego miesiąca, który sprzyja miłości...
Pragnę nauczyć mojego dzidziunia  okazywania uczuć bez względu na datę w kalendarzu i na to co narzuca społeczeństwo. Chcę żeby w życiu uczuciowym kierował się sercem a nie bezsensowną "tradycją", która nie jest nawet nasza, polska. Czemu tak bardzo chcemy być amerykańscy zapominając jak wspaniałe są rodowite tradycje. Przecież odpowiednikiem Walentynek jest Noc Kupały ( o ile przyjemniejszy miesiąc).
W każdym razie ja nie lubię Walentynek, a co z ludźmi samotnymi (z wyboru lub w związku z wypadkiem losowym) ktoś pomyślał o nich?
No i tak wylałam swoje żale, dziękuję za przeczytanie :)

czwartek, 13 lutego 2014

Oilatum, moja opinia :)

Zanim Mi przyszedł na świat oczywiście trzeba było się nasłuchać wieeelu porad odnośnie pielęgnacji noworodka/ niemowlaka. Każdy miał mądrości na pęczki a jedną z nich była ta odnośnie kąpieli dzidziunia w Oilatum ( dla nie wtajemniczonych to takie kosmetyki do pielęgancji wrażliwej skóry maluszka, tu mowa o "płynie" do kąpieli).

Oczywiście rada polegała na gorącym poleceniu tego płynu i wyłącznym jego stosowaniu. Oczywiście MamaMi musiała zrobić po swojemu... Wyczytłam (jak zawsze w Internecie), że nie powinno się stosować emolientów na skórę, która tego nie "potrzebuje" i tak postanowłam zaczekać z wydaniem prawie 40 zł (tak wiem znów liczę kasę :P) na produkt, którego może nie powinnam wcale użyć na moim maleństwie.
Z racji tego, że Mi urodził się w 40 tygodniu ciąży, miał mocno przesuszoną skórę i użyliśmy go ale tylko jedno opakowanie do momentu kiedy skóra przestała mu schodzić. Oliatum rzeczywiście działa cuda i jeśli dzieciątko miałoby problemy ze skórą to bez namysłu byśmy go w tym kąpali. Wydajność też jest bardzo zadowalająca, średnie opakowanie (nie pamiętam teraz gramatury) wystarczyło na miesiąc "kuracji", stosowaliśmy jedną nakrętę do kąpieli. Minusem było to, że jest bardzo tłuste i po zakręceniu nakrętki cała butelka i okolice były ubabrane, ale taki minus kontra same plusy... Da się przeżyć :)
 Obecnie używamy produktów z Rossmana- Babydream i jesteśmy zadowoleni :)

piątek, 7 lutego 2014

Co do torby do szpitala?

Zmoro moja, torbo szpitalna...
Praktycznie na każdej stronie szpitala i na każdym forum o rodzeniu można przeczytać co "należy" wziąć z sobą do szpitala, większość bzdura i bezsensowne zajmowanie miejsca w torbie. W ogóle jak byłam na pierwszym Ktg w "moim" szpitalu to minęła nas para, z której... pani śmignęła z wielkin brzuchem i podobnej wielkości torbą w ręce (bagaż podręczny :P pewnie kosmetyki :D), a za nią dreptał pan (gdyby nie brzuch zastanawiałabym się, które jest w ciąży, bo pan życia w sobie za wiele nie miał w przeciwieństwie do małżonki (?), który ciągnął za sobą wielką walizkę (WTF?). A bo nie napisałam, że w ulotce tego szpitala napisali, że potrzebne są tylko rzeczy dla mamy, dla dziecka to jak kto chcebo szpital zapewnia wszystko (ta jasne, okazało się na oddziale).
Do rzeczy... W mojej torbie znalazło się:

  • dwa ręczniki (kąpielowy i mniejszy)- przydały się
  • klapki gumowe-polecam tą wersję kapci ze względu na konieczność częstych wizyt pod prysznicem
  • szlafrok-pomyślałam po co mi przecież ciepło musi być na oddziale noworodków, fakt ciepło było i dlatego trzeba wziąć raczej nie zbyt gruby szlafrok, a wziąć należy z powodu takiego, że nie koniecznie mamy chęć świecić tym i owym przed naszą współlokatorką a tym bardziej przed ludźmi ją odwiedzającymi, no i na korytarz też trzeba będzie wyjść czy coś.
  • koszula, najlepiej przystosowana do karmienia- koszula i owszem ale wtedy gatki żeby wkłady poporodowe miały się czego trzymać, u mnie w torbie znalazły się fartem :P, wiem, że kobitki chodziły w takich piżamkach do karmienia ale to podobno zależy od szpitala
  • mały szampon, mały żel pod prysznic i koniecznie żel do higieny intymnej- najlepiej wszystko o neutralnym Ph, w moim przypadku był to biały jeleń (szamponu nie użyłam bo nie miałam siły stać tyle pod przsznicem )
  • no i różne kosmetyki których się na codzień używa, szczoteczka do zębów itp.
  • KONIECZNIE woda, w pierwszych 4 godzinach po porodzie trzeba wypić przynajmniej litr a i podczas porodu się przydaje- najlepiej kilka małych buteleczek bo wygodniejsze
  • coś do smarowania ust- kremik, pomadka czy coś
Bez względu na to co mówią i piszą warto mieć przy sobie pieluszki dla maleństwa, bo u mnie niby nie musiałam mieć, a okazało się że szpital daje 12 (bo tyle noworodek zużywa w ciągu doby i Ty tyle jesteś w szpitalu) Ja byłam 1,5 doby i zabrakło mi pieluch dobrze że miałam z sobą. Ubranka proponuję też wziąć, najlepiej kaftaniki (takie rozpinane koszulki ) bo łatwo przebrać, i tylko kaftaniki nie bawić się w żadne śpiochy itp, na strojenie maluszka przyjdzie czas po wyjściu ze szpitala :D. Tych kaftaników to sporo bym wzięła bo nie wiadomo czy maluszek nie będzie ulewał, ja wiem z 10 (?) one dużo miejsca nie zajmą w torbie. Poza tym nie wiem jak to jest z wkładami poporodowymi czy każdy szpital daje... U mnie były dostępne bez ograniczenia, więc tu akurat trzeba by się indywidualnie orientować. No i nie radzę rodzić we własnej koszuli, no chyba, że nie mamy wyjścia to wtedy zabrać ze dwie, bo po porodzie kładą dzidzię jeszcze z nie odciętą pępowiną na Twoim brzuchu i nie pytają Przepraszam Panią czy była by Pani łaskawa podwinąć koszulę, tylko plask i dzidzia w ramionach :). Może nauczona własnym doświadczeniem proponowała bym wrzucić do torby jakieś ciasteczka, krakersiki czy wafelki ryżowe w razie głodu mamy czy taty :D

czwartek, 6 lutego 2014

Ciążowa garderoba

W moim przypadku "brzuchatkowy" okres przypadał wiosną/latem. Nie chciałam wyglądać ja wieloryb złapany w sieć, wiem mam jakiś problem na punkcie wyglądu. Postanowiłam, że będę fajną ciężarówką.
Długie spodnie ciążowe posiałam tylko jedne ze względu na okres w jakim miałam brzuch wystarczyły, zakupu dokonałam w Outlecie w Vero Modzie (koszt 15 zł, szał) polecam, mają a przynajmniej mieli sporo różnych ciążowych ubrań, później też u nich byłam po krótkie spodenki ale mieli rozmiary tylko na przecinki (34). Poza tym chodziłam w leginsach i krótkich dresach.
Fajnie na brzuchu prezentowały się bokserki (takie koszulki na naramkach, które osobiście uwielbiam) w róznych kolorach, żeby zakryły brzuszek przeszłam z rozmiaru M do XL :D, oczywiście moim ratunkiem była moda na OVERSIZE dzięki temu mogłam ubrać się praktycznie w każdym sklepie. A i tuniki z rozciągliwego materiału (jersey?), nawet wbiłam się w sukienkę rozmiar 36 tylko musiałam do niej spodenki założyć :P
Spodnie z Vero Mody były jedynym typowo ciążowym ubraniem jakie zakupiłam na tę okazję, a to z kilku powodów:

  1. ciuchy ciążowe są drogie
  2. w ciąży jestem (umowne) 9 miesięcy, co ja z tym póżniej zrobię?
  3. przeważnie te ciuchy nie są w moim stylu, najczęściej w pień słodkie i demonstrujące czy w brzuchu masz chłopca czy dziewczynkę
Problem pojawił się kiedy zaczęło robić się chłodno i nie mogłam zapiąć kurtki, ale tu również polecam jakąś używkę, bo kobitka nosiła ją parę miesięcy, a jest o połowę tańsza :P (przy maluszku liczymy kasiorę jak nie wiem).
Reasumując, nie będę reklamować żadnego sklepu z odzieżą ciążową, bo ubierałam się w zwykłych sieciówkach, ale wiem, że czasem w lumpku można znaleźć fajne ciężarówkowe ubrania, tylko to też kwestia farta.

wtorek, 4 lutego 2014

Depresja przed i poporodowa, nie konieczne zdiagnozowana

Może nie jedna z Was mnie wyzwie, obruszy się, obrazi, nic więcej nie przeczyta, ale może chociaż jedna przyzna, że sama coś takiego przeszła, a jakaś przyszła mama będzie świadoma tego, że to minie i bąbelek będzie dla niej całym światem.
Myślę, że trzeba mówić o tym głośno, że każda matka szczególnie po porodzie powinna być pod opieką psychologa, ze względu na to, że o takich sprawach nie chce się rozmawiać z partnerem czy mamą, lub inną bliską Ci osobą bo nie chcesz ich martwić, a czasem boisz się, że zostaniesz źle oceniona.
Mi był planowany i od początku bardzo się cieszyłam, że będzie z nami, ale pod koniec ciąży zaczęłam się zastanwaiać czy to na pewno to czego chciałam? (Teraz wiem, że tak). Nachodziły mnie myśli typu
Czy będę dobrą mamą? Czy on mnie pokocha? Czy mnie nie zrani? Czy dam sobie radę? Obawy ogromne i te mniejsze budziły mój lęk, brak poczucia bezpieczeństwa, w końcu nie mam pojęcia co się wydarzy...
Po porodzie też miałam tydzień lub dwa ogromnego kryzysu, mimo, że czułam jak bardzo uwielbiam Mi i jak mi na nim zależy drażnił mnie, denerwował tym ciągłym płakaniem, tymi swoimi wrzaskami. Jestem przyzwyczajona, że kiedy ktoś jest głodny to idzie do lodówki, kiedy chce się załatwić to idzie do WC, a nie wrzeszczy w niebogłosy, a ty bądź geniuszem i się odmyśl o co "bachorowi" (przepraszam Cię Mi ale tak myślałam :() chodzi. Pisałam już gdzieś (?) że Mi był dokarmiany butelką, więc szlag mnie trafiał kiedy siedział prawie godzinę przy "cycku" a on dalej koncert, no to może pielucha, nic, no k..źwa butelkę?! Ile można jeść. Do tego żeby pobudzić laktację po każdym karmieniu używałam laktatora to kolejne pół godziny, a on wrzeszczy, TataMi w pracy, a on wrzeszczy, piersi bolą bo się laktacja dostosowuje do jego potrzeb a on nie "wypija" wszystkiego i wrzeszczy.  Tydzień po porodzie dostałam wysokiej gorączki, wszystkie mięśnie i włosy bolały mnie jak... bardzo mnie bolały, a on wrzeszczy. No miałam ochotę się schować pod łóżko a on niech wrzeszczy. TataMi starał się jak szalony, wstawał w nocy co 3 godziny (dzięki Mi, że w nocy dobrze spałeś bo serio na łeb bym dostła) i kiedy ja go karmiłam, On przygotowywał mleko. (ja się nauczyłam robić je po miesiącu :)) Kochany TataMi :*
Kiedy tak sobie pomyślę po tych prawie 4 miesiącach (!) jak ja się do niego odzywałam i jak traktowałam, NIE szarpałam go ani nic z tych rzeczy, ale chwilami go po prostu tak bardzo nie lubiłam :(, to dochodzę do wniosku, że miałam depresję i musiałam sobie z nią radzić sama, rodzinka mnie wspierała, ale nie wiedzieli o moich odczuciach, obawach i załamaniu.
TERAZ KOCHAM MI NAJBARDZIEJ I NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŚWIATA BEZ NIEGO
Mamo, która przeszłaś to samo, ciężarówko, która boisz się tego, nie jesteście jedyne i przejdzie wam wszystko to tylko chwilowy kryzys a dzidziulek będzie całym Twoim światem :*

Noworodek i pies w domu

Kiedy MałyMi miał przyjść na świat poza moimi obawami o jego zdrowie, o mój zerowy próg bólu, zachwytwm nad małymi ślicznymi ubrankami, zakupowymi dylematami był jeszcze jeden problem do rozwiązania zanim Słodzimierz (:P) przyjdzie na świat- PSY.
Jesteśmy dumnymi właścicielami dwóch potworów, mieszańca labradora z owczarkiem niemieckim (w skrócie lawczarek :)) i małego wrzeszczącego kundelka, którego na szczęście los obdarował trochę mniej irytującym "szczekiem" niż mogły by na to wskazywać jego gabaryty.
Oczywiście jak w każdej ciążowej kwestii naczytałam się Internetu (ciężarówkom poinno się odciąć do niego dostęp lub przynajmniej kontrolować to co czytają :P), że psy mogą być niebezpieczne dla dziecka, nie powino się pozwalać żeby pies zbliżał się do malucha, zazdrosny pies skrzywdzi dziecko, OK zgadzam się z tym wszystkim, ale przecież nagle nie oddam "przyjaciół" do schroniska, marko moja, to co łańcuch i buda? moje szanowne hrabiostwo?
Czytam:
Psa należy przed narodzinami dziecka izolować, poświęcać mu mniej czasu żeby przyzwyczajał się do nowej sytuacji (?!), no jakby mnie nagle ktoś po 3 latach wspólnego życia zaczął izolować to też bym pogryzła. Decyzją rady starszych ten pomysł jest do bani i nie będziemy go stosować.
Psa należy zapoznać z zapachem dziecka,dobra tylko skąd ja wezmę zapach dziecka zanim się urodziło, do akcji wkroczyły ubranka po krewnych i znajomych Królika, wyłożyliśmy je na środku pokoju (nie dziecięcego bo tam psa  nie wolno wpuszczać :P), zainteresowanie psów zerowe, a nie Odi upatrzył sobie kołdrę i poszedł spać :D.
Psa nie należy wpuszczać do pokoju dziecka, Pff im to wytłumacz, zawsze mogły a teraz nie... gdyby mogły popukały by się w głowę.
Zapachowa akcja część druga- TataMi przywiózł do domu kaftanik Mi ze szpitala, ale on również nie wzbudził zainteresowania.
Jadąc do domu zastanawiałam się czy psiaki nie zjedzą Mi żywcem, ale nawet Mi we własnej osobie nie wzbudził większej sensacji, psiaki często leżały koło niego, oczywiście pod naszym nadzorem, pozwalaliśmi im go wąchać a i polizanie się zdażało. Mamy wielkie szczęście że nasz zwierzyniec to same "pierdoły" i żadnemu nie przyszło do głowy żeby pokazać MałemuMi kto tu jest samcem alfa.
Nie wiem jak to jest z kotami, czy też istnieje groźba pożarcia malucha w całości, czy tylko psy wykazują mordercze skłonności?
Cieszę się, że Mi będzie się wychowywał w "stadzie", nauczy się szanować zwierzęta, będzie za nie odpowiedzialny i kiedy już postanowi przygarnąć własne stworzenie nigdy go nie porzuci, nawet jeśli będą trudności. :*

 

niedziela, 2 lutego 2014

Zakupowe dylematy, ciąg dalszy

Drugim ważnym elementem naszego szału zakupowego było łóżeczko... Widziałam piękną, białą, drewnianą kołyskę, ale cóż budżet zoatał by mocno nadszarpnięty.
Ja tam się nie znam na łóżeczkach, wiedziałam, że ma być drewniane i najlepiej wenge (takie moje zboczenie kolorystyczne), a no i fajnie żeby miało kilka szczebelków wyciąganych żeby podrośnięty Mi mógł sobie rano sam z niego wyjść i wgramolić się do naszego łóżka :D.
Łóżeczek wybór wielki, prawie jak z wózkiem, tylko tyle łatwiej, że kółek nie mają :P, chociaż łóżeczko samo w sobie to mały Pan Pikuś, materac do niego, to dopiero... kokosowo- gryczano jakieś tam, a co ja będę obiad z niego gotować? Antyalergiczne, zabijające roztocza zanim się pojawią...
My łóżeczko dostaliśmy w spadku po siostrzeńcu TatyMi, nie koniecznie spełnia moje oczekiwania łóżeczkowe ale darowanemu się do paszczy nie zagląda, ważne że maluch ma gdzie spać a za jakiś czas dostanie pełen wypas :P W każdym razie łóżeczko jest w kolorze sosny (?) absolutnie nie moja bajka ;) nie ma wyjmowanych szczebelków :( osłonki, właśnie osłonki, jak wyjęłam te wszystkie gadżety z worka to myślę sobie, po jakiego grzyba te osłonki, okazało się, że były potrzebne, Mi od początku nie sypiał na boku, jak tylko go na nim kładłam od razu "fik" i na plecy, no i tu odkryłam przydatność osłonek, któregoś razu nie wymierzyłam odległości kładąc Mi na boczku i jak zrobił to swoje "fik" to rączka wylądowała między szczebelkami, dobrze że siedziałam w pokoju... Osłonki natychmiast powędrowały na szczebelki. Polecam montowanie osłonek zanim sprawdzimy czy maluch wepchnie łapki między szczebelki... Baldachim podobno "zapobiega" przebodźcowaniu maluszka ( w sensie że ze zbyt dużą ilością bodźców nasz nowy mały móżdżek nie daje sobie rady i np może źle spać w nocy), tylko jak Mi spał z nami w pokoju to chciałam mieć Go na oku i baldachim był odsłonięty, teraz jak śpi sam to mu zasłaniam. Słodka pościel to nie moja bajka, styka mi baldachim i osłonki które są tam ze względów praktycznych, Mi śpi w śpiworku żeby się nie rozkopywać i pod mięciutkim kocykiem. Jestem przeciwniczką poduszek, ze względu na kształtujący się kręgosłup podobno lepiej żeby spał na płasko. Jeśli chodzi o szuflady pod łóżeczkiem to owszem wyglądają ładnie i zapewne przydają się jeśli ktoś ma mało miejsca w pokoju, mi ich absolutnie nie brakuje, może ze względy na to, że nie używam pościeli to nie muszę jej chować, szafa w 100% pokrywa zapotrzebownie na Mimkowe szpargały :), no ale nie pomyśłałam że nie wszyscy mają warunki żeby niuniek miał własny pokój, więc jeśli ma się mało miejsca to szyflady i przewijak "wmontowane" w łóżeczko to fajna sprawa.
Co do materaca to z racji spadkowej formy łóżeczka w zestawie był materac, piankowy przeciwodleżynowy, w sensie że materac nie jest gładki tylko ma takiego "jeża" wyciętego czy jak to nazwać (nie, nie mięsnego jeża, wstręciuchy :P) no taki pofalowany jest czy jak... O, macie zdjęcie to wszystko wyjaśni :D

Mi, odpukać, nie przejawia żadnych skłonności alergicznych (odpukać po raz drugi) problemu nie było z używanym materacem. Uff, co za szczęście, że mam to za sobą :)

sobota, 1 lutego 2014

Kolki? Nie znam dziada.

Naczytałam się Internetu, naoglądałam reklam, nasłuchałam ciotek dobra rada, przestraszyłam się jak nie wiem a mój syn zaskoczył mnie po raz pierwszy i tak mu zostało, obecnie zaskakuje mnie każdego dnia. Mówię o kolkach, miał je tylko przez dwa dni swojego życia kiedy mamuśka niby taka oczytana najadła się smażonego schabowego, zapiła kawą i wielkim kawałkiem ciasta z orzechami...
Bo generalnie to do końca nie wiadomo od czego są kolki ale ja posłuchałam moją panią pediatrę i przez 3 miesiące jadłam wyłącznie kurczaka lub ryby, gotowane na parze, pieczone w piekarniku, gotowana tradycyjnie lub ewentualnie i w ostateczności smażone na patelni grillowej z kropelką (dosłownie) oleju a najlepie z kapeczką masła, piłam TYLKO wodę i pod żadnym pozorem nie tykałam warzyw wzdymających takich jak fasolki wszelkiego rodzaju, brokuly, por lub cebula.
Podziałało mój MałyMi skończył 3 miesiące a ja nie musiałam robić mu okładów z ciepłego ręcznika na brzuszek ani lulać godzinami bo maluch zwija się z bólu. Z tego co mi pediatra radziła to ciepłe okłady na brzuszek, suszarką brzuszek ogrzewać (WTF?! na bank bym go poparzyła), ciepła kąpiel... Ogółnie kolka nie lubi ciepła.
Mi od początku był złotym dzieckiem (odpukać), nie ulewał, budził się przepisowo co 3godz na karmienie
(w ogóle czemu mnie nikt nie uświadomił że taka dzidzia tak często je, przecież ja blondyna to trzeba było mnie uświadomić), nie spał dzięki temu z nami w łóżku i już śpi we własnym pokoju.
Mój mały mężczyzna tak szybko rośnie i się zmienia, że już mi smutno, że za chwilę będzie dorosły i przyprowadzi jakąś dziewuchę i będziemy musieli udawać że ją lubimy... :P
Pościk krótki bo nie mam o czym pisać tyle że informacyjnie dla tych którzy tak jak ja nie zdawali sobie sprawy z istnienia kolek a inaczej niż mnie może to spotkać. Oczywiście wszystkim życzę dzidziulków bezkolkowych i jeśli to faktycznie kwestia diety to polecam tą która mi się sprawdziła :)

Kupujemy wózek.. łoo matko!

8-9 miesiąc... czas na zakupy. Priorytet- wózek. No takkk... 150 miliardów modeli w 150 miliardach kolorów, naszczęście część do wykluczenia z powodu płci dzidziulka a do tego 150 miiliardow cen zdecydowanie za wysokich. No cóż, do boju nikt za nas tego nie zrobi... a może... :P
Po pierwsze decyzja, do czeg będzie służył ten wózek, gdzie będę nim spacerować...
Pare razy widziałam jak pani walczy na przejściu dla pieszych w miejscu gdzie biegną tory kolejowe, zaczynałam się modlić żeby widział ją motorniczy bo nie wygramoli się wypasionym trójkołowcem w wypasionych barwach (na bank w środku była dziewczynka) do zmroku... Okej tyle wiem TRÓJKOŁOWIEC jest be :) przynajmniej w naszych warynkach ulicznych...
Kółka skrętne? No jeśli masz w planach wybrać się na spacer do lasu (akurat ja mam bo mieszkam zaraz przy) i śmigać nim po korzeniach bez obawy o utratę koła, podjechać pod wysoki krawężnik lub wysiąść z autobusu kiedy pan kierowca stanął praktycznie na środku ulicy a nie przy krawężniku a ten dodatkowo jest obgryziony przez jakieś dzikie zwierze to odradzam, tą ostatnią sytuację też widziałam na własne oczy, szczęściem kiedy kołka skręciły się w dość nieodpowiednim momencie ktoś z wsiadających złapał wózek i niunię w nim siedzącą. No takkk SKRĘTNE KÓŁKA odpadają, w sumie nie wiem po co one komu...
Postawiliśmy na nazywaną przez nas (może nie tylko przez nas :)) TERENÓWĘ wózek w sam raz na nasze drogi i do lasu też wjadę :D Koła 4 jak przykazano ;), połączone z wózkiem "na sztywno", koniecznie pompowane co by można było "nadymać" bo na plastikach to jakoś tak, ja wiem, jak wózek dla lalki, pewnie się nie znam ale takie moje zdanie :)
Kwestia podwozia załatwiona, czas na nadwozie (matko i córko!) wiedzieliśmy jedno musi być 3W1, bo do autka- fotelik a z autka klik klik i wózek, można śmigać na shopping :P. A gondola? twarda taka zabudowana czy miękka takie "nosidełko" czy coś... No taka terenówa sama w sobie waży z 15kg jak bym do tego wrzuciła twardą gondolę to na spacer bym musiała wojsko albo dźwig do pomocy wzywać, żeby mi wózek wynieśli, poza tym to kwestia tego kiedy się niunia rodzi bo jak jest ciepło to wystarczy taka miękka gondola, no zimą to raczej ta sztywna bo cieplej niby, ja nie miałam nic do gadania przy wybieraniu gondoli ale to za chwilę.
Mając ogólny zarys tego co chcemy wybraliśmy się na oględziny "na żywo", żeby wiedzieć co i jak. Ruszyliśmy do hurtowni bo na bank taniej, dotarliśmy do parkingu dla wózków i... 1400 zł najmniej (ojj :(), Smyk może będzie promocja- 1250zł po promocji, no okej BĄBEL=WYDATKI :). Ale olśnienie!
Zerknijmy na Tablica.pl może akurat. Haha 900 zł, już mi lepiej, wertuję przeglądam. TataMi mówi Już przestań ten za dziewięć stówek jest spoko. Nie ja popaczam, no i tak jeszcze z pól godziny i oczom moim ukazał się wózek jak ta lala za...200zł!
fotelki do 13 kg

miękka gondola, nie miałam na to wpływu :P

sacerówka

3W1 tadam :)

się rozmazało ale wiadomo o co chodzi 

Terenówa, 4 koła na sztywno, pompowane, 3W1. Losie jednak nie nienawidzisz mnie aż tak bardzo. I tak oszczędziliśmy 1050zł na wózku :). Fakt że używka i niestety po pierwszym poważnym spacerze odpadło kółko ale Dziadzia naprawił i od 2 miesięcy działa bez zarzutu .
Pozdrowienia dla Eli i maleństwa w brzuchu :*


piątek, 31 stycznia 2014

Pieluchy wielorazowe, moje odkrycie :)

Jak byłam w ciąży to bez przerwy słyszałam o wielorazowych pieluchach. Z ciekawości zaczęłam o nich czytać co i jak ale w pierwszym momencie lekko mnie zatkało bo perwsze co zobaczyłam to cena (ok 70 zł sztuka), no chyba ich... poniosło no ale że ekologiczne, super wypasione materiały, no i produkt polski, tylko jak maleństwo zużywa 10-12 pieluch na dobę (tak wyczytałam) no to by trzeba mieć ze 20 minimum, hmm troszkę sporo.
Uparłam się że znajdę coś na moją kieszeń i... proszę bardzo 19,95 sztuka, materiały te same, tylko made in china ( no oni to chyba wiedzą jak się szyje :D ), opinie jak zawsze podzielone ze chiński badziew itp, no ale jeśli badziew to lepiej wydać na próbę te 200 zł niż 700... no bo jak się nie różnią składem, opisem a nawet czasem zdjęciem to jak badziew to w obu przypadkach.
Ja na swoje testy wybrałam pieluszki- kieszonki (to tylko część reszta w użyciu)
jak pisze producent: Posiadają one kieszonkę do której umieszcza się wkłady (z mikrofibry lub bambusa). Po niewielkim zamoczeniu, można wymienić tylko sam wkład, a pieluszkę użyć ponownie. Wybrałam wkłady z mikrofibry (wyglądają tak),
bo bambus jest mniej chłonny. 
Na początek zamówiłam 10 (w zestawie mają już wkład) i 5 dodatkowych wkładów no jak by się jednak okazały bublem to zostanę z 10 nienadającymi się do niczego pieluchami a nie całą stertą :P

tu pieluszka z której wystaje wkład
napy są do regulacji rozmiaru

Początki nie były obiecujące, pieluchy przeciekały, śmierdziały "menelem" no porażka jak nic, ale jak zawsze na ratunek przyszła Bunia, która spędziła jakieś 5min na poprawianiu wkładu w pieluszcze, a TataMi po jakimś czasie opracował sposób jak to robić szybciej :), na "menela" skuteczny okazał się lejek z drzewa herbacianego
wystarczy na miesiąc

 i częste pranie (stety niestety pralka śmiga co 2 dni). Kupiliśmy jescze 10 pieluch i 15 wkładów, wystarczy, prać i tak trzeba schną szybko. Za cały interez zapłaciliśmy ok 700-800 zł, fakt że to był dwurazowy wydatek ale patrząc na ceny pieluch jednorazowych i na ich skład, opinie że przegrzewają jajka u chłopców (nie wiem le jest w tym prawdy ale nie chcę sprawdzać) myślę że to był dobry wybór.
Te pieluchy nie sprawdzają sie podobno u maluszków, które grubszą sprawę pieluszkową robią kilka razy dziennie, nie wiem bo mój MałyMi załatwia to raz na dwa dni więc w tej kwestii się nie wypowiadam (chodzi o to że w TAKIEJ sytuacji pieluszkę trzeba od razu zaprać a to dodatkowa robota...) Ja znalazłam patent żeby częściowo chociaż pozbyć się pieluszkowej niespodzianki.
niestety to się za każdym razem wyrzuca

koszt takiego opakowania to 9 zł wystarzczy na ok tydzień

tak wygląda pieluszka gotowa do użycia

Ja jestem bardzo zadowolona przewijam Mi milion razy dziennie bo nie martwie się, że zużyję za dużo pieluch a promocji nie ma. 
Jakieś inne doświadczenia z takim gadżetem ktoś 

czwartek, 30 stycznia 2014

Czytanie niemowlakowi

Nie należę do osób, które mówią do brzucha, czytają, śpiewają itp. Jakoś nie potrafiłam się do teg przekonać, no bo jak przecież ten człowieczek nic nie kuma, siedzi w brzuchu od momentu swojego powstania, przelewa się w wodach płodowych dopiero rozwija to po co, jaki jest sens zwracania się do dopiero rozwijającej się istotki.
Kiedy się urodził był już "materialny", "rzeczywisty" dopiero wtedy się przemogłam, mogłam do niego mówić, śpiewać, a nawet zaczęłam mu czytać, chociaż nadal "nic nie kumał". Pomyślałam że skoro w TV mówią żeby czytać to wiedzą co robią...
Początki były trudne, płakał i miał w nosie moje czytanie, liczyło się jedzenie i spanie, pomyślałam że jednak ci z telewizji opowiadają głupoty ale jakie było moje zdziwienie kiedy Mi w wieku 2 miesięcy zaczął skupiać się na moim czytaniu, skupiać się to może za wiele powiedziane ale gapił się na mnie przez jakieś 5 a nawet czasami 10 minut, kilka razy nawet zasnął podczas mojego produkowania się :)
Wiadomoże takie maleństwo nie wie o czym mu czytasz ale poznaje mowę, koduje charakterystyczne dla języka dźwięki, później pojedyncze, często powtarzane wyrazy ( u nas akurat najczęściej powtarzany wyraz nie ma nic wspólnego z bajkami ), podejrzewam że można by czytać mu gazetę i wykazywał by podobne zainteresowanie bo jemu chodzi o dźwięki i ton głosu.
Zaczęliśmy ambitnie od "Kubusia Puchatka", może Mi będzie kochał takie bajki jak rodzice a nie jakieś kretyńskie nawalanki jakimi teraz karmią nasze dzieci, na "pranie mózgu" przyjdzie czas kiedy dorośnie.
Podobno dzieci, którym czyta się od maleńkiego szybciej zaczynają mówić, ile w tym prawdy, przekonamy się za jakiś czas :P Ktoś może już sprawdził tą teorię w praktyce?
Ciekawa jestem czy to czytanie faktycznie wpływa na rozwój wyobraźni i zasób słów w starszym wieku dziecka.